Nic nie zastąpi książki?

  • O postulatach zapewnienia uczniom  w szkole kontaktu z elektronicznymi nośnikami adekwatnego do dominującej, decydującej i rosnącej roli elektronicznych nośników wszędzie poza szkołą.
  • O przypominaniach, że technologie z epoki Gutenberga nie są i nie będą adekwatne do środowiska życia uczniów po zakończeniu nauki. O twierdzeniu, że w takim razie z książką uczymy dla przeszłości.

Podłoże mitu

Istnieje zasada: za "technologie" uważamy te technologie, które pojawiły się na świecie PO NAS.
Dlatego starsze pokolenie ma tendencję do aprecjacji drukowanej książki daleko ponad jej faktyczne znaczenie (uważa że książka jest "naturalna" zaś młodsze od siebie nośniki nazywa "technologiami informacyjnymi"). 
W istocie rzeczy książka, to przecież także jedna z "technologii informacyjnych".

Dla uczniów młodszych od książek, komórek, komputerów i internetu wszystkie te technologie porównywane są wyłącznie pod kątem użyteczności i przecenianie jednej z nich (w dodatku kilkusetletniej i schyłkowej) jest kompletnie irracjonalne.

Fakty

Nic nie zastąpi książki, bo już dawno zastąpiło, na niemal wszystkich polach zastosowań z odbiorem literatury pięknej włącznie.
 Tytułowe twierdzenie ma dziś sens tylko jako osobiste i emocjonalne wyznanie dotyczące własnego wyboru jednego z wielu możliwych sposobów odbioru i przeżywania literatury. 
 To wiele, ale nauczycielowi nie wolno udawać, że więcej, bo po prostu nikt z uczniów nie potraktuje go poważnie.
Szersze uzasadnienie nastąpi. 
Na razie proponuję zapoznać się z bardzo zdroworozsądkowym artykułem Książka, czy komputer? autorstwa czynnej nauczycielki.
Przy okazji: z sentymentu trzymam jeszcze swoją kolekcję zupełnie dziś antycznych mechanicznych "płyt długogrających" podczas gdy dogorywa już następna po nich technologia: CD audio, która nie skończyła jeszcze trzydziestu lat, a jest zupełnie anachroniczna.

Comments